Mała M. zasługuje na medal.

Nasza dzisiejsza podróż na Kretę trwała 12 godzin. Najpierw taksówką jechałyśmy od znajomych na dworzec do Katowic. Później pociągiem do Wrocławia. Z Wrocławia autobusem miejskim na lotnisko. Później samolot do Chanii i jeszcze 30 minut samochodem z lotniska do naszego hotelu.

Jak było? Gorąco, męcząco, ciężko (niestety nie dźwigałam od lat 11 kilogramowego plecaka). Ja trochę w duchu narzekałam, zastanawiałam się dlaczego wybrałam Wrocław zamiast Krakowa. Ale to marudzenie pod nosem trwało chwilę. Moja córeczka nie miała tego problemu. Radosna, pogoda, uśmiechająca się do wszystkich. Patrząca z zaciekawieniem na otaczający ją świat. Nie miała czasu na dąsy i złe humory. Za dużo się wokół niej działo, a ona za ciekawa była, żeby myśleć o marudzeniu. Chłonęła cały ten świat wszystkimi zmysłami, nie w głowie jej były jakieś nawet małe foszki.

Z podziwem na nią patrzyłam. Uwierz mi, ani razu nie zapłakała, ani razu nie dała znaku, że jest jej niedobrze. Nie spała tak jak co dzień – dwie drzemki po minimum godzinę. Dzisiaj nie było na to czasu. Padła na 15 minut w taksówce, później na kolejny kwadrans tuż przed dojazdem do Wrocławia. Dzielnie znosiła upał i wszelkie niewygody dzisiejszego dnia.

Nawiązywała nowe znajomości, przyznam, że wzbudzałyśmy trochę sensacji, ona jako radosny bobas i ja z plecakiem i torbami.

Jak potrzebowałam pomocy albo prosiłam, albo nagle ktoś się zjawiał i pomagał. W pociągu to chyba nawet miałyśmy obserwatora, który zaoferował nam pomoc na długo przed dojazdem z opracowanym planem i strategią działania (nie było łatwo – przyjechał stary skład wagonów – pomimo, że to InterCity i ciężko było władować i wyładować wózek po tych małych schodkach), pomógł nam się wydostać, a później sprawdził czy nie będę miała więcej problemów podczas wyjazdu z dworca.

Bardzo to miłe, że tak dużo życzliwych dusz  jest wokół nas, a razem z córeczką mamy wokół siebie dobrą aurę. Ja jestem z nią szczęśliwa,  to przekłada się w mój dobry nastrój, chęć pomagania, chęć zagadywania, chęć rozmowy. Jest super, jest rewelacyjnie.

Bałam się lotu. Mała M. pierwszy raz leciała. Jednak nie spodziewałabym się scenariusza jaki ona mi ułożyła. Było sporo dzieci, ale tylko moja córeczka, tuż przed startem wydała okrzyk zachwytu, który przeraził wielu współtowarzyszy naszej podróży, i jako jedyna zasnęła. Ufff…

Obudziła się tuż przy lądowaniu czarując osoby, które koło nas siedziały.

Wszystko super się skończyło.

Oczekiwanie na nasz samochód, trochę niepokoju, jak to będzie. I jazda. 30 minut do naszego hotelu. Ciemno, przyznam trochę się bałam, nie znam ludzi, nie znam terenu, a może ktoś, gdzieś na nas czyha. Nastawiłam nawigację i  jechałam.  Wiem, że przejeżdżałyśmy koło zatoki, widziałam światełka domów, które układały się w piramidę. Dojechałyśmy do hotelu. Wiem, że jesteśmy tuż przy morzu. Pan w recepcji powiedział, że jutro śniadanie podają na tarasie na dachu. Ciekawa jestem gdzie jesteśmy i jak to wszystko wygląda.

Teraz widzę ciemność, ciekawe co zobaczę jutro.

Córeczka spokojnie śpi.

Taki to był nasz pierwszy, wspólny dzień.

Pozdrawiamy

J&M