Mapa spadła mi z nieba.

Musimy wstawać, bo śniadanie jest do 10.00. Dzisiaj pomimo tego, że mamy za sobą bardzo intensywny dzień, spałyśmy spokojnie i mocno. Mała M. obudziła się koło 8.00. Więc leniwie rozpoczęłyśmy nasz dzień. Obie zjadłyśmy nasze śniadania, zapakowałam nasz dorobek i w drogę. Dzisiaj zmieniamy miejsce zakwaterowania. Jedziemy w stronę wschodu i bardziej turystycznych miejsc.

Obiecałam, że będzie luźniej i nie tak męcząco jak wczoraj. Więc w planie mamy tylko Chanię i…

Przyjechałyśmy do miasteczka, kierowałam się jak najbliżej centrum, gdzieś na blogu wyczytałam, że będzie tam bardzo ciasno i nie jest rekomendowana jazda blisko centrum. Jeżdżąc zastanawiałam się kiedy to ciasno będzie. Szukałam parkingu. Zobaczyłam gdzieś znak P jechałam za nim. Okazało się, że wielki, podziemny parking znajduje się około 10 minut od starego miasta. Wytachałam z auta ciężki wózek Małej M., wsadziłam w niego córeczkę i niezbędne rzeczy i poszłyśmy w poszukiwaniu tego Starego Miasta. Wychodząc z parkingu rozejrzałam się w prawo i w lewo, pracownik parkingu skinął głową gdzie mam iść. Zobaczyłam stare mury, przypomniałam sobie, że znowu gdzieś wyczytałam, że właśnie trzeba iść wzdłuż murów żeby dotrzeć do morza  i dalej portu weneckiego, który był moim celem na dziś.

 

Po kilku minutach, jak zobaczyłam dużo turystów, wiedziałam, że jestem we właściwym miejscu.

Stanęłam patrząc na wodę i stare mury i zastanawiając się co dalej, nie widziałam jeszcze portu, nie do końca wiedziałam gdzie jest to Stare Miasto, pomyślałam, że przydałaby się mapa. Popchałam wózek parę kroków dalej i znowu stanęłam rozmyślając. Nagle spojrzałam na chodnik, a tam leżała mapa, nowiutka mapa Chani! Niesamowite! Dookoła nas nie było nikogo komu mogłaby upaść. Podniosłam ją i oto ta mapka stała się moim przewodnikiem.

Za chwilę byłyśmy już w porcie i witałyśmy stare miasto.

Mała M. w wózku zachowuje się super. Nie ma czasu na dąsy i fochy. Śmieje się do wszystkich, macha rączką, patrzy na ptaszki i poszukuje kotka. Głowa patrzy raz w jedną raz w drugą stronę, z zazdrości zaczepiam ją i mówię do niej, ale widocznie w tym momencie nie jestem dla niej tak atrakcyjna jak otoczenie:).

Po drugiej stronie zatoki widzimy ogromne tłumy. Przechodząc obok zamkniętych restauracji i kawiarni, spoglądam na zegarek. Przecież już po 10.00 – sprawdza się to co się u nas mówi w Polsce o Grekach, że nie chce im się pracować. Kurcze – no ale przecież po 10, są turyści, którzy tak jak ja chętnie usiedliby w klimatycznej kawiarni i rozkoszując się poranną kawą spoglądali na piękny wenecki port. Jednak nie ma takiej możliwości. Wszystko pozamykane! Wkurzam się na tych Kreteńczyków! Jak mogą tak ignorować tłumy turystów.

Całe szczęście, że wzięłam wodę i jedzonko dla Miśki.

Nagle dostrzegam tłumy ludzi po drugiej stronie portu. Podchodzimy bliżej, bo jest to nasza trasa. Turyści to nie są, ale kto? Pytam kobiety, która stoi obok. Okazuje się, że z powodu zmian jakie wprowadzają władze w mieście Chania, wszyscy (no prawie wszyscy) sklepikarze i restauratorzy strajkują przez 24 godziny.

Przepraszam w tym momencie wszystkich Kreteńczyków, których jeszcze przed chwilą w duchu wyklinałam. Nie mam co dzisiaj liczyć na kawę lub lokalną przekąskę, ale za to będzie zwiedzanie starego miasta. Zaczynam chodzić po uliczkach, coraz dalej od turystycznych szlaków. Natrafiam na urocze zakątki, takie jak lubię.

Mała  M. w międzyczasie  zasypia w wózku (dlatego więzłam ze sobą ten wielki, ciężki wózek, żeby miała komfort podczas naszych spacerów i mogła wygodnie spać). Robię przerwę w zwiedzaniu idę usiąść w jakimś zacisznym miejscu. Ja odpoczywam, ona też.

 

Po drzemce córeczki ruszamy w drogę powrotną. Ponieważ nie lubię wracać tą samą drogą szukam alternatywnej, ciekawej trasy. Trafiam w labirynt krętych uliczek, dodatkowo idących raz w dół raz w górę, po schodach :). Jakoś daję radę z tym wielkim wózkiem, warto bo uliczki są bardzo urocze.

Bez problemu odnajdujemy parking. Jeszcze przed wejściem do samochodu mała M. zjada swój obiadek. Wzbudzamy trochę sensacji, siedzę na murku, przy ruchliwym chodniku, przed parkingiem i karmię córeczkę zupką ze słoiczka. Najważniejsze żeby nie była głodna.

Kończymy ucztę i schodzimy do parkingu. Ładujemy się do samochodu. Załączam mapę, która pokazuje mi 2 godziny jazdy do hotelu. Kurcze…znowu tyle jazdy, a miało być dzisiaj lżej. No cóż. Nie mamy wyjścia.

A i jeszcze po drodze chcę wstąpić do Rethymno – kolejnego miasteczka. Zaczynamy jazdę. Mała M. po jakimś czasie zasypia – ona lubi drzemki w samochodzie. Dojeżdżam do Rethymno i szukam wjazdu do centrum. Szczerze, to wolałabym już wypocząć. Walczę z sobą przez chwilę jechać, nie jechać jechać nie jechać. Czego chcę? Wypoczynku, nic na siłę, nie ma zaliczania, ma być przyjemnie. Wyjeżdżam z Rethymno i jedziemy do hotelu.

Piękna drogą wzdłuż wybrzeża, kręta (choć nie ma porównania do tej wczorajszej), raz w górę raz w dół.

Dojeżdżamy do Hersonissos, tam gdzie jest nasz hotel.  Miejscowość turystyczna, dużo sklepików i atrakcji dla osób tutaj wypoczywających. Kieruję się za mapą i wjeżdżamy praktycznie na deptak przy morzu. Nie ma możliwości wycofania, trzeba jechać. Kurcze, żeby tylko policja mnie nie zatrzymała, byłam pewna, że tam nie mogę wjechać.

Po lewej stronie piękne restauracje z widokiem na morze, po prawej hotele. Przejechałam koło naszego – bardzo przyzwoitego hotelu. Niestety nie było tam parkingu. Kolejny problem, bo gdzie zaparkuję to jedno, ale jak się znowu przetransportuję z tymi wszystkimi naszymi rzeczami. Byłam trochę zmęczona, tym ciągłym wyciąganiem, wkładaniem, przekładaniem, noszeniem.

Okazało się jednak, że tuż za hotelem jest jakieś miejsce. Zaparkowałam i poszłam do recepcji  pokazać się, że jestem i zapytać o parking. Hotel wydawał się dość ekskluzywny jak na swoje trzy gwiazdki. Pani w recepcji przemiła. Całe szczęście parking był niedaleko. Poszłam, a raczej poszyłyśmy przeparkować samochód, wzięłam małą M., plecak i dwie torby i poczłapałam do hotelu. Pani szybko dała nam klucze, zapytałam czy jest czajnik, powiedziała, że prawdopodobnie nie, ale za chwilę ktoś przyniesie. Zapytała się też kiedy chciałabym się spotkać z managerem – bo w tym celu tutaj przyjechałam. Umówiłyśmy się na spotkanie. Najpierw chwila odpoczynku, później jedzenie i rozmowa.

Weszłam do pokoju i trochę mnie zatkało. Bardzo ładny ten pokój, łóżko dla mnie i łóżeczko dla córeczki. Dodatkowo balkon z widokiem na morze. Zawsze marzyłam, nigdy jeszcze tak nie spałam. Super.

Ogarnęłam nas obie, chwilę odpoczęłam i zeszłam na dół żeby coś zjeść. Wybrałam restaurację hotelową z cudownym widokiem na morze. Piękna muzyka i fajna atmosfera, nie było za dużo ludzi,bo to dość wczesna pora na kolację, była chyba 17.00. Zanim zamówiłam greckie przysmaki, poprosiłam o gorącą wodę, żeby podgrzać zupkę dla córeczki.

Usiadłyśmy i delektowałyśmy się widokiem i atmosferą. Było cudownie.

Przyszedł menadżer, przywitał się i tak na prawdę porozmawialiśmy chwilę, ale na prawdziwą rozmowę umówiliśmy się na jutro rano.

Zjadłyśmy, pospacerowałyśmy i wróciłyśmy do pokoju. Zdążyłam zauważyć, że w hotelu był ogród, basen, bar, restauracja. Wszystko takie eleganckie. Wiem, że ten hotel spodoba się  tym osobom, które przyjadą tutaj w październiku. To był dobry wybór.

Mała M. dość szybko zasnęła, wyszłam na balkon zobaczyć jak mija wieczorne życie.

Restauracja zaczęła żyć, bar również. Przychodziły osoby na romantyczne kolacje, na wieczorne spotkania, rozmowy. Było dość głośno, więc wróciłam do pokoju, zamknęłam balkon i poszłam spać. Dzisiaj miał być luźny dzień, więc czas na odpoczynek.

Ciekawe co będzie jutro..