Nie wierzcie przewodnikom!

 

 

Kiedy dojechałyśmy do Wrocławia i wysiadłyśmy z pociągu, na peronie zaczepiła nas para urlopowiczów, którzy szukali sposobu dostania się z dworca na lotnisko. Ponieważ kilka razy korzystałam z miejskiego busa żeby się dostać na lotnisko pokierowałam ich na przystanek skąd odjeżdża owy bus.

Później tą samą parę spotkałyśmy znowu na lotnisku i okazało się, że też lecą na Kretę. Wymieniliśmy kilka zdań i informacji. Okazało się, że Pan ma super przewodnik, szybko go przejrzałam i zrobiłam kilka zdjęć tras, które mnie zainteresowały.

Pierwszego dnia pobytu na Krecie, obudził nas śpiew ptaków i dość mocne słońce. Planowałam nieśpiesznie wstać i delektować się spokojem. Jednak okazało się, że obie po wczorajszej podróży dość długo spałyśmy. Wstałyśmy około 9, a śniadanie było do 10 więc musiałam zagęścić ruchy, żeby nakarmić Michalinę, przyszykować siebie i ją do wyjścia na śniadanie.

Nasz nieduży hotelik był umiejscowiony w bardzo urokliwym miejscu. Przed hotelem była droga, a tuż za nią morze. Śniadanie jadłyśmy na dachu, rozkoszując się pięknym widokiem. Choć od morza dzieliła nas droga, ruch, który na niej panował w ogóle nam nie przeszkadzał. Nie lubię narzekać, wolę cieszyć się tym co przyniósł mi dzień. A śniadanie na dachu (choć nie należało do najsmaczniejszych) było niecodzienną atrakcją.

Zjadłyśmy śniadanie i obmyślałam plan na dzisiejszy dzień. W przewodniku znalazłam trasę która mnie zaciekawiła. Było napisane 45 km i rekomendowany cały dzień na jej poznanie. Stwierdziłam, że 45km to bardzo mało nawet jak są kręte drogi (bo tak było widać na mapie) zajmie nam to max 4 godziny jak jeszcze będziemy się zatrzymywały. Zapakowałam potrzebne nam rzeczy (teraz z małą M.  jest trudniej, trzeba pamiętać o wodzie, pieluchach, kremie, ciuchach do przebrania, jedzeniu) i o 11 ruszyłyśmy w trasę.

Po kilkunastu kilometrach cieszyłam się, że spotkałam parę na peronie, że poprosiłam o przewodni, że zrobiłam zdjęcie, że wybrałam tą trasę. Piękne widoki, ogród botaniczny pachnący ziołami, kwiatami, drzewami.

Droga pełna zakrętów, na początku się tym nie przejęłam. Na trasie było 9 punktów, my po 2 godzinach byłyśmy po 2 punkcie. Ustawiłam mapę w komórce na 3 punkt i tutaj było moje wielkie zdziwienie ponad 50 km i 2 godziny jazdy. Jak to? Coś tutaj się nie zgadza, cała trasa miała mieć 45 km, tak było napisane. Wg. mnie ten 3 punkt to 1/3 trasy, ale wyraźnie mapa pokazuje ponad 50km.  Chwila  namysłu co mam robić. Gdybym była sama  lub z Krzyśkiem w ogóle bym się nie zastanawiała czy jechać, ale jest mała M., teraz ona najważniejsza. Czy zniesie podróż? Czy nie będzie się denerwowała? Czy da radę? Kurcze, ale tak mi się podoba ta droga  i wiem, że chciałabym dotrzeć na tą najładniejszą plażę na Krecie i nie lubię rezygnować. Więc kompromis, ustalam z mała M., że dzisiaj jedziemy jutro leżymy. Nie ma wyjścia i się zgadza.

Zaczyna się nasze górską przygoda. Pomijamy kolejne punkty, bo wiem, że jak byśmy w nich się zatrzymywali to do północy nie wrócimy do hotelu. Zatrzymujemy się co jakiś czas na chwilę oddechu. Ale generalnie, ciągle jedziemy, średnia 30km na godzinę i miliard zakrętów. Przyznam dość męczącą, ale widoki zapierające dech w piersiach. Lokalne tawerny i przydrożne sklepy z lokalnymi produktami. Korzystamy i z tawerny jedząc lunch i ze sklepiku kupując oliwę z oliwek i z punktów widokowych i z pobocza, żeby przebrać małą M.

Córeczka zasypia, na sporą część drogi więc korzystam i pędzę z prędkością 33km na godzinę (no może trochę więcej :)), żeby pokonać jak najwięcej drogi podczas jej snu. Żałuję, że nie możemy się na dłużej zatrzymać, cudowne góry, krajobrazy, wspaniała widoczność, górskie, klimatyczne miasteczka, kawiarenki, kozy, które co jakiś czas leniwie przechodzą przez naszą drogę. Takie mamy atrakcje podczas naszej jazdy.

Za punkt obrałam sobie przejazd tą drogą i dojazd do tej słynnej, różowej, ponoć najpiękniejszej plaży na Krecie. Trzeba dużo cierpliwości i wytrwałości, bo droga bardzo kręta, raz w górę, raz w dół, a na dodatek samochody, które jadą przed nami pędzą zazwyczaj z kosmiczną prędkością około 20 km na godzinę. Niki Laudom zapewne nie jestem, ale taka powolna jazda nie jest dla mnie. Jednak ćwiczę cierpliwość i trochę stresuję się, bo nie wiem co będzie z małą  M. Plaża to tak na prawdę połowa naszej drogi.

Docieramy na nią po 17.00. Można powiedzieć bardzo późno, ale z drugiej strony, nie ma tłumów, jest sporo miejsca, piękne widoki i cudowna woda, z której oczywiście nie skorzystam. Zaczynam dostrzegać „uroki” samotnej jazdy z córeczką. Ale czy żałuję, oczywiście, że nie.

Jej pierwszy raz na plaży, pierwsze zamoczenie stópek w morzu. Ogólny szał. Najadła się piasku, potarła piaskiem oko, nie wiedziała czy ma być na piasku czy kocyku, a ja nie wiedziałam do końca co z nią zrobić :). Takie ot nasze pierwsze zetknięcie z morzem.

Na plaży spędziłyśmy około 45 minut. Mała M.  była wyraźnie już zmęczona. Było prawie przed 18, a ona najpóźniej od 19 jest już w łóżeczku. Zapakowałyśmy się do auta i ruszyłyśmy w drogę powrotną. Mapa pokazała 1 godzinę 45 minut do celu. Mam nadzieję, że damy radę, a bardziej, że Miśka da mi jeszcze spokojnie dojechać do hotelu.

Było prawie idealnie. Na 15 minut przed końcem jazdy, córeczka wyraźnie się zbuntowała. Musiałam zatrzymać samochód, wziąć ją na ręce i trochę pospacerować.

Po jakimś czasie wróciłyśmy do samochodu, niestety było to samo czyli buntowniczy wrzask. Ale przecież musimy dojechać. Więc jedna ręka na kierownicy druga machała, stukała, dotykała, głaskała, zabawiała – poskutkowało  – zwłaszcza walenie moją ręką w sufit samochodu. Mała M. się uspokoiła i dojechałyśmy do celu. Nie zatrzymałam się ani po wodę, ani po jakąś przekąskę (kolejna nauczka dobrego planowania jak się podróżuje z dzieckiem).

Wróciłyśmy do pokoju. Jeszcze tylko kąpiel i tutaj moja córeczka miała ogromną frajdę – kąpałam ją w ogromnym zlewie w kształcie muszli. Bardzo jej się to spodobało. Zwłaszcza kran – który mogła ” spróbować”  i duże lustro, w którym z uwagą przyglądała się koleżance :).

Po kąpieli jedzenie i spanie. Całe szczęście, tutaj było jak w domu. Wygodne łóżeczko i sen po kilku minutach.

 

 

Uffff, skończyłyśmy nas pierwszy dość długi dzień. Było cudownie. Ogromnie się cieszyłam, że udało nam się przejechać tą trasę.

Obiecuję sobie, że jutro będzie już luźniej. Ten dzień należy do Małej M.

Na koniec dodam, że zamierzam napisać do dosyć znanej i cenionej firmy, która wydała ten przewodnik, żeby skorygowali ten błąd. Co prawda ja i tak nie skorygowałabym tej trasy, ale dobrze byłoby mieć w takim przewodniku rzetelne informacje.

Czego nauczył mnie dzisiejszy dzień:

Będąc w podróży z dzieckiem jednak trzeba dokładniej planować, a przede wszystkim sprawdzać trasę, którą wybieramy, żeby uniknąć niespodzianek takich jak  my miałyśmy.