Szpital jest bardzo daleko, a my potrzebujemy pomocy.

Wstałyśmy chyba po ósmej. Otworzyłam balkon i okazało się, że piękny widok nadal jest, ale jest i cisza. Takie miejscowości żyją wieczorową porą, a rankiem długi sen i odpoczynek. Nieśpiesznie wyszykowałam nas obie na śniadanie. Pamiętając, żebyśmy zdążyły do 10 :).

W restauracji było dość gwarno, mnóstwo osób konsumowało śniadanie. Do wyboru było mnóstwo rzeczy: na słodko, na słono, owoce, jogurty, sery, kawa, soki, woda, płatki, nawet Pan smażył na poczekaniu naleśniki.

Wszystko super wyglądało – chciałoby się siedzieć i jeść, tylko jest jeden problem. Mała M. siedzi w krzesełku, a zakątek  gdzie się serwuje jedzenie jest poza zasięgiem widoczności córeczki. Zostawiam ją na chwilę samą, całe szczęście Pani kelnerka szybko się z nią zaprzyjaźnia i do niej zagaduje (na tym etapie rozwoju mała M. może porozumiewać się we wszystkich językach świata :). Szybko nabieram na talerz kilka rzeczy i wracam.

Córeczka się zaaklimatyzowała i mam wrażenie, że radośnie chce oznajmić wszystkim o swojej obecności, czytaj: głośno sobie gaworzy krzycząc radośnie.

Mam mętlik w głowie: nie chcę już jeździć krętymi dróżkami raz w górę raz w dół. Chciałabym wypocząć, zrelaksować się. Z drugiej strony ciągnie mnie jeszcze gdzieś, żeby coś zobaczyć, doświadczyć, pozachwycać się widokami, porozmawiać z lokalsami.

Przed wyjazdem na Kretę poznałam na facebooku Kasię, która prowadzi Hotelik. Wstępnie się umówiłyśmy na spotkanie, ale ciągle biję się z myślami czy jechać czy  zostać, jechać czy zostać? Trzeba pakować cały nasz dobytek, do Kasi mamy 2 godziny jazdy (na samą myśl, robi mi się mdło), nie wiadomo co nas tam czeka, spotkanie z Kasią oczywiście, ale reszta?

Są dwa wyjścia: zaciskam zęby, pakuję nas i jadę lub zostaję w hotelu, leżę w ogrodzie, koło basenu, spacer po promenadzie, może chwila na plaży (choć z tak małym dzieckiem w tym upale to nie jest kusząca propozycja).

Podejmuję więc  szybko decyzję: jedziemy. Biorę córeczkę do pokoju, pakuję nas. Biorę cały dobytek i idę jeszcze na kawkę z pięknym widokiem na morze. Jest cisza i spokój. Cudowne przedpołudnie.

Wsiadamy do samochodu, nastawiam mapę, sprawdzam czy jakimś cudem nie zmniejszyła się odległość do hotelu Kasi (ku mojemu zaskoczeniu niestety nie).

Zaczynamy jazdę, mała M. jak to zwykle bywa podczas podróży zasypia. Wjeżdżamy w teren zupełnie innej Krety, dzikiej, poszarpanej, górzystej, już nie takiej zielonej i poukładanej jak wcześniej. Na razie nic mnie nie zachwyca. Nie wiem czy próbuję przekonać siebie, że źle robię.

Staram się nie zatrzymywać i jechać póki córeczka śpi.

Dojeżdżamy około 16 pod hotel Galini Mare – gdzie mamy spędzić dwie noce. Dzwonię do Kasi. Za chwilę przychodzi i wita nas serdecznie. Wchodzimy do hotelu. Przyznam, że nie ma porównania z tym w jakim spałyśmy zeszłej nocy. Ten jest też przyjemny, ale bardzo prosty, bez żadnych luksów. Klimatyczny z dobrą atmosferą!!!Bez tłumów turystów.

Zamarzył mi się pokój z balkonem i widokiem na morze, ale niestety nie jest dostępny. Kasia pokazuje inne pokoje i wybieramy pokój z dwoma ogromnymi oknami z widokiem na morze. Jest super. Jest cisza, duże łoże, klimatyczny pokój, zwykła łazienka i te dwa cudowne okna.

Jest też Kasia bardzo miła, uprzejma, pomyślała o wszystkich rzeczach, które mogą się nam przydać – szczególnie w podróży z małym dzieckiem.

Przyznam szczerze, że jak weszłam do pokoju, zobaczyłam spokojne morze i poczułam ciszę, wiedziałam, że to był dobry pomysł.

Po chwili relaksu zapakowałam Małą M. do wózka i poszłyśmy do portu na obiad.

Kasia oczywiście powiedziała gdzie możemy zjeść prawdziwe, dobre i lokalne jedzenie. Zjechałyśmy z ogromnej góry (ze strachem zastanawiałam jak się wczłapię z powrotem z tym wielkim wózkiem), no ale teraz czas na coś dobrego.

Miasteczko przy porcie małe, ale turystyczne. Urokliwe uliczki. Udałyśmy się w poszukiwaniu wskazanej restauracji.

Chwila relaksu i oczekiwania na posiłek. Okazało się, że na Krecie nie ma słoiczków dla dzieci. Kurcze a ja zabrałam za mało. Zastanawiałam się co zrobić, bo przecież mała M. nie jest jeszcze przyzwyczajona do normalnego jedzenia.

Spojrzałam w kartę czy można coś dla takiego malutkiego dziecka zamówić. Kasia wcześniej podpowiedziała nazwę znanej potrawy, która zawierała tylko duszone warzywa.

Zamówiłam coś dla siebie i dla małej M.

 

Skonsumowałyśmy ze smakiem, a raczej ja. Córeczce jakoś kreteńska kuchnia nie za bardzo podeszła.

Chciałam już wracać, jednak kelner przyniósł ich słynną rakije i owoce na zakończenie posiłku – taka tradycja. Trzeba było skonsumować. Przemiły kelner podszedł i powiedział, że może jeszcze drugi kieliszek ich „wytrawnego” bimbru. Stanowczo odmówiłam pytając go czy wwiezie wózek na górę. Trochę się przestraszył, że pytam serio i zaczął się tłumaczyć, że z miłą chęcią, ale od stanowiska pracy odejść nie może.

Powiedziałam, że żartuję (choć miałam malutką nadzieję, że rzuci wszystko i pomorze mi w pchaniu tego wózka) i poczłapałam sama, jednak jeszcze rozkoszując się krótkim spacerem wzdłuż morza.

 

 

Po powrocie jeszcze rozmowa z Kasią o pobliskich atrakcjach, o możliwości współpracy.

Kasia poleciła swój mini przewodnik, który przygotowała dla swoich klientów. Dobra lektura na wieczór, żeby zastanowić się czego NIE robić w dniu odpoczynku :).

Poszyłyśmy do pokoju. Wykąpałam małą M., nakarmiłam jej ulubionym mlekiem i położyłam spać (tak mi się wydawało). Podczas jedzenia zawsze robi się senna i położona do łóżka zasypia po kilku minutach. Tutaj nie miałyśmy łóżeczka więc położyłam ją do mojego wielkiego łoża w bezpiecznym koncie (tak też mi się wydawało).

Wyszłam na chwil do toalety, zanim zdążyłam cokolwiek zrobić usłyszałam huk  i wielki wrzask małej M. Przestraszona wybiegłam. Leżała na podłodze, podłoga była z posadzki, ale Kasia pożyczyła nam matę, żeby po niej chodziła. Mała M. wylądowała więc na macie. Krzyczała strasznie, wzięłam ją na ręce i wydawała mi się zielona, żółta, że traci przytomność. Przytomność, ale umysłu to ja  straciłam, co robić, co robić? Byłam przerażona. Ona bardzo krzyczała, a ja nie wiedziałam co zrobić. Wybiegłam z pokoju, szukać pomocy na zewnątrz. Całe szczęście był jeszcze mąż Kasi, który zaczął od razu działać. Najpierw jeden telefon do znajomej pielęgniarki – nie odpowiadała, dzwonił do innej, nie było jej w pobliżu, w końcu wsiadł na skuter żeby pojechać po jeszcze inną wrócił za kilka minut, ale sam.

Mała M. troszkę się uspokoiła, ale ja nadal byłam przerażona. Zadzwoniłam do Kasi. Ona od razu zadzwoniła do lekarki, którą zna i przyszła do hotelu. Przyszedł też tata Kasi, na którego widok Mała M. zaczęła się uśmiechać. Uspokoiliśmy się trochę. Niestety żadna pielęgniarka, ani lekarz nie był dostępny. Odbyłam konsultację telefoniczną. Pani Doktor uspokoiła mnie, jednak zakończyła, że gdyby coś niepokojącego się działo mam wsiadać w samochód i jechać do szpitala!!!

Nie byłoby problemu gdyby nie to, że najbliższy szpital to około 45 minut jazdy krętymi drogami. Koszmar!!! Błagałam wszystkie moce żeby nic niepokojącego się nie wydarzyło. Córeczce wracał humor, cały czas „gadała” więc w normie, nie straciła przytomności, nie mdlała, nie wymiotowała. Więc na razie wszystko dobrze. Uspokoiłam się i ja. Wróciłyśmy do pokoju i od tego momentu Mała M. jest pod moją baczną obserwacją.

Do rana nic złego się nie działo, więc tylko najadłyśmy się strachu. Jednak taka moja refleksja, nie ma dla mnie problemu z byciem z córką przez 24 godziny na dobę, poradzę sobie w toalecie trzymając ja na brzuchu, zatacham wielki i ciężki wózek wszędzie, mogę ją nosić, wstanę wcześniej, będę myślała o wodzie, jedzeniu, spaniu Małej M., ale w obliczu takiego zagrożenia jakie było tej nocy, trzeba pamiętać żeby być w takim miejscu gdzie jest dobra pomoc medyczna. Szczerze, nie wyobrażam sobie jazdy z Małą M., która ma jakieś poważne problemy naszym autem, 45 minut po krętych drogach do szpitala. Oczywiście, pojechałabym, ale trochę to przerażający scenariusz.

Całe szczęście wszystko się dobrze skończyło. I to ostatnia najgorsza przygoda jaka nam się przydarzyła. Jutro będzie o wiele lepiej :).

 

 

 

 

Odpowiedź do artykułu “Szpital jest bardzo daleko, a my potrzebujemy pomocy.

  1. Elzbieta Zeman

    Chyba kazdej matce zdarzyl sie przynajmniej jeden taki wypadek (ja z moja J. zaliczylam 2 i na szczescie ich Aniolek Stroz zawsze czuwa. Fakt, oczywiscie, przezywamy to ogromnie, ale zwzwyczaj wszystko konczy sie tylko duzym strachem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *