ZAŁAPAŁAM BAKCYLA.

Choć podczas pierwszej wyprawy w góry było dość ciężko. Nie ta kurtka, nie te spodnie, nie ta kondycja, fatalna pogoda, tak mi się to spodobało, że postanowiłam jak najszybciej powrócić na szlak. Choć mój pierwotny plan zakładał jedno wyjście na miesiąc, postanowiłam go delikatnie zmodyfikować.

Stwierdziłyśmy z Magdą, że idziemy kolejny raz już dwa tygodnie po naszej pierwszej wyprawie.

Super jest mieć taką osobę jak Magda – pasjonatkę gór, eksperta, wsparcie i oczywiście mamę 12 miesięcznej Alicji. Gdyby nie Magda to tych wypraw w ogóle by nie było.

10 luty 2018 – cel Leskowiec. Ucieszyłam się bardzo na tą propozycję, ponieważ już kilka razy chciałam tam wejść, a poza tym nie będziemy musiały daleko jechać.

Tym razem przygotowałam się lepiej – tak mi się wydawało. Na  pewno ubranie miałam już odpowiednie. Na cebulkę, dobra kurtka i spodnie.

Umówiłyśmy się z Magdą  w wyznaczonym miejscu.I tutaj zaczęły się przygody.

Rzyki – przystanek autobusowy, kontenery na odzież – tutaj miałyśmy się spotkać. Podjechałam na przystanek w Rzyki, ale nie było kontenerów, ani Magdy, a przede wszystkim zasięgu, żeby się z nią skontaktować. Po kilku minutach czekania postanowiłam zjechać niżej, żeby złapać zasięg. Po chwili zasięg już miałam, ale co z tego, skoro Magda zapewne jest wyżej, tam gdzie go nie ma. Chwila namysłu co robić.

Postanowiłam zapytać miejscowego czy w ogóle znajduję się w dobrym miejscu.

Po moich wyjaśnieniach, Pan wszystko potwierdził. Pojechałam raz jeszcze koło przystanku. Gdzie są te cholerne kontenery? – zaczęłam się denerwować i gdzie jest Magda.

Stałam, czekałam i myślałam. Stwierdziłam, że  jak Magdy nie znajdę pójdę sama, trudno. Jednak miałam nadzieję na cud, bo wędrówka bez Magdy byłaby o wiele cięższa.

Za chwilę zobaczyłam jakąś postać która idzie z góry w naszym kierunku – 🙂 super Magda się znalazła.

Z trudem zaparkowałam samochód ( nigdzie nie było miejsca, a śniegu po pachy) i ruszyłyśmy na podbój nowej góry.

Postanowiłyśmy zacząć łagodniejszym szlakiem – tzw. serduszkowym – jednak okazało się, że jest on chyba kilka razy dłuższy więc szybko zmieniłyśmy szlak na czarny = najbardziej stromy, ale najkrótszy.

 

Nie powiem, że było lekko, bo nie było.

Po drodze Michalina zagubiła misia Alicji więc musiałyśmy się wrócić, żeby go do naleźć, a w rzeczywistości Magda, która ma o wiele lepszą kondycję poszła po misia.

Zima była cudowna, śniegu dużo, widoki wspaniałe – widoki przed nami, zimy, bo innych ze względu na mgłę nie mogłyśmy uraczyć. Wspinaczka wymagająca.

Dziewczyny dość wyrozumiałe – Alicja przespała prawie całą drogę, a ja musiałam zagadywać Miśkę.

W końcu dotarłyśmy. Niewielkie, ale klimatyczne schronisko. Wyjęłyśmy naszą wałówkę, zamówiłyśmy zupę i oddawałyśmy się atmosferze, która panowała w środku.

Przyznam, że taki klimat spodobał mi się bardzo. Grupy, które przychodziły, na jedzenie, na nocleg. Dobra atmosfera, dziewczyny robiły furorę – bo najmłodsze. Żartowałyśmy, zagadując Panów w poszukiwaniu szerpy, który pomógłby nam ( jeden chłopak tak się przestraszył, że szybko udał się w kolejną wyprawę na szlak, natomiast inny Pan zwarty i gotowy wybiegł za nami ze schroniska 🙂 Ku jemy wielkiemu zaskoczeniu zrezygnowałyśmy z jego pomocy, zwłaszcza, że jego auto znajdowało się przy innym wejściu. Ale było wesoło  :).

Na początku wspominałam, że lepiej przygotowałam się do tego wyjścia doświadczona poprzednim.

Tylko tak mi się wydawało. Bo choć miała dobre ubranie, mniej jedzenia i tylko potrzebne rzeczy, zapomniałam, że należy zabrać ciuchy na przebranie mojej córeczki. Rzadko się zdarza, żebym musiała ją przebierać w nowe body czy rajstopki, ale tym razem była taka potrzeba. A ja oczywiście niczego ze sobą nie miałam.

Hmmm….niedobrze, ale cóż, trochę podsuszyłam rzeczy Michaliny, całe szczęście miała ciepłe i nie zamoczone dresy polarowe. Jakoś wybrnęłyśmy, choć zapewne komfortowo jej nie było.

Chciałyśmy z Magdą porozmawiać o pomyśle, który się narodził podczas naszych spacerów, ale chyba zapomniałyśmy, że nasze córeczki nam na to nie pozwolą.

Darowałyśmy sobie.

Zjadłyśmy, odpoczęłyśmy  i ruszyłyśmy w dół.

Droga powrotna była o wiele krótsza, zeszłyśmy na sam dół czarnym szlakiem.

Myślałam, że to już dość przygód. Jednak w połowie drogi zorientowałam się, że prawie cała bateria w moim telefonie jest wyładowana (robiłam za dużo zdjęć i filmów).

Generalnie nie byłoby z tym problemów, jednak przyznam się bez bicia, że nie miałam pojęcia jaką trasą z Chrzanowa przyjechałam do Rzyk.

Te cholerne GPSy w telefonie. Kiedyś używałam tylko mapy, przygotowywałam każdą trasę, dokładnie wiedziałam jak jechać. Teraz, wyłączam mój mózg i patrzę w ekran telefonu.

A jak tu patrzeć jak telefon nie działa? Kurcze będę miała problem, bo mój telefon na pewno nie dotrzyma do samochodu i wyłączy się. Mogłabym go naładować podczas podróży – oj tak zapewne. Tylko ja mam od nowości włączone coś takiego co po wyłączeniu telefony wymaga jakichś kodów żeby go ponownie uruchomić. Skoro nie pamiętam drogi to tym bardziej nie pamiętam kodu.

Jak zwykle uruchomiła się w mojej głowie machina rozwiązywania problemów.

Cóż mogłam zrobić, liczyć na cud, że się jednak nie wyłączy ( pomimo tego, że ma 1%), lub pytać co jakiś czas miejscowych jak mam jechać.

Jak zwykle bywa, martwimy się na zapas. Doszłam, podładowałam  i załączyłam mapę. Byłyśmy uratowane :).

Pożegnałyśmy się z Magdą i Alicją i zakończyłyśmy naszą drugą, górską wyprawę.

Leskowiec ” zaliczony”.

 

Było cudownie, bo zima wspaniała. Od dłuższego czasu marzyłam o śniegu i mrozie.

Podsumowując moje nauczki na przyszłość:

  • zapisać do checklisty: body i rajstopki dla Michaliny, power bank
  • sprawdzać dokładnie trasę dojazdu do umówionego miejsca
  • doprecyzować dokładnie miejsce spotkania

Zachęcam do górskich, krótkich wędrówek, nie tylko z dziećmi ;).

 

Pozdrawiam

Justyna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *