ZASPAŁYŚMY, ALE ZDĄŻYŁYŚMY

Sobota to dzień naszego wyjazdu. W piątek wieczorem spakowałam nas i przygotowałam do wyjazdu. Ponieważ nie lubię porannego zamieszania, przygotowuję wieczorem wszystko co tylko się da. Nie chcę się krzątać i nerwowo biegać rano myśląc czy wszystko spakowane i zabrane. Dlatego i tym razem zaniosłam prawie wszystko do samochodu (dzięki temu rano zostaje tylko pobudka, poranna toaleta, jedzenie i wyjazd).  Ciuchy dla nas przyszykowane, jedzenie dla Małej M. również. Rano będę potrzebowała około  30 minut żebyśmy się wyszykowały, córeczka zjadła i żebyśmy po tych 30 minutach były już w samochodzie. Jedyne czego w piątek nie zrobiłam to zatankowanie do pełna naszego samochodu. Z jednej strony już mi się nie chciało, z drugiej i tak musiałabym dotankować, bo zasady wypożyczalni są full to full. Ale biorę spory zapas czasu, żeby zdążyć z tankowaniem.

Wylot mamy o 10.20. Mamy niewiele kilometrów, bo tylko  130, ale mapa pokazuje, że będę jechała 2 godziny (te koszmarne zakręty). Musimy być na lotnisku o 8.00, żeby mieć czas na oddanie samochodu i spokojną odprawę, czyli wyjazd musi być o 6.00, albo najlepiej 15 minut przed 6.

Nastawiam budzik na 5.20 – zdążę w 25 minut, najważniejsze ubrać siebie, ubrać Małą M. i nakarmić ją, oczywiście też korzystam z łazienki – ale ja w niej w takich przypadkach spędzam max 10 minut – generalnie nie maluję się i nie układam włosów J i nie cierpię spędzać w niej długo czasu poza jednym wyjątkiem – długiej kąpieli w wannie – ale takiej tego ranka nie będę zażywać.

Idę spać około 23.00.  Budzi mnie głos dzwonka budzika, stwierdzam, że zrobię sobie jeszcze 5 minut drzemki, zapomniałam tylko o jednym, drzemkę włączyć w budziku. Nagle słyszę huk w innym pokoju, budzę się i uświadamiam sobie, że głęboko zasnęłam, budzik nie dzwonił, a my dzisiaj wylatujemy. Serce przyspieszyło mi do prędkości odrzutowca, bałam się spojrzeć na zegarek, ale musiałam. To były ułamki sekund, które postawiły nieszybko na nogi. Sprawdzam zegarek chyba z pięć razy. Jest 5.45. Uffffffff jeszcze jest szansa. Co prawda nie wyjedziemy o 6.00, ale może 15 minut później .Szybko przeliczam czy zdążymy, jeszcze to nieszczęsne tankowanie, najwyżej zwrócę pusty i zapłacę – trudno, lepiej więcej zapłacić niż nie wylecieć. Doprowadzam się do porządku. Na razie o nic się nie martw. Nie ma o co. Jeszcze jest sporo czasu. Bez paniki. Zaczniesz panikować jak będzie ku temu przesłanka. Jednak przypominają mi się chwile kiedy zabrakło nam 5 minut, a samolot nie poczekał, kiedy przyjechaliśmy 10 minut później i nie wpuścili naszej grupy na Eurotunel. Nie przesadzaj, kobieto, weź się do roboty. Mija kilka minut i już karmię Małą M. Całe szczęście prawie wszystko w samochodzie. Została tylko jedna torba podręczna córeczki, w którą pakuję pozostałe rzeczy, i fotelik, w który pakuję Małą M. O 6.10 ruszamy. Nie jest źle. Całe szczęście mam przekąski i dla siebie i dla córeczki więc o to nie muszę się martwić. Teraz tylko jazda i tankowanie.

Jest wcześnie rano ciekawe czy stacje będą czynne. Jedziemy prawie godzinę i żadnej czynnej stacji. No ale to są góry i wioseczki po kilkaset osób, spokojnie nie ma się co martwić. Pamiętam, że przy wyjeździe z lotniska zwróciłam uwagę na kilka stacji, więc nie będzie problemu.

Mała M. się bawi ja gnam z zawrotną prędkością 60 – 70 km na godzinę. Widzę stację, zatrzymuję się i tankuję. Chcę kupić kawę, ale niestety nie ma. Wsiadam do samochodu i ruszamy w dalszą podróż.

Dojeżdżamy na lotnisko 8.02 – kurcze 2 minuty później niż planowałam J. Jest super. Przychodzi Pan odbiera nasz samochód i około 8.20 jesteśmy już w środku budynku. Odprawiamy się, kupuję kawę, karmię Małą M., spacerujemy. Wchodzimy do samolotu i lecimy do Polski. Mamy taki luksus, że 3 siedzenia są dla nas. Na początku siedziała koło nas dziewczyna, na początku też było wielkie zamieszanie, bo każdy zmieniał miejsce, żeby być koło żony, męża, kochanki, dziewczyny, chłopaka, córki, siostry itp. (tanie linie lotnicze chcąc zarobić na rezerwacji miejsca ogromnie pieniądze, rozrzucają teraz wszystkich po całym samolocie, nawet jak jest jedna rezerwacja, jednak zaradne osoby, szybko się dogadują i już są obok tych których chcieli). Powiedziałam dziewczynie, żeby jej chłopak przyszedł do nas, ale ona na całe szczęście przestraszyła się Małej M. J i uciekła od nas do ukochanego. Tym sposobem zamiast jednego miejsca miałyśmy trzy (chyba jako jedyne w tym samolocie) Jaki luksus i to za darmo. Mała M. oczywiście była spokojna i po kilku minutach zasnęła.

Na lotnisku czekał na nas Krzysiek, obie bardzo ucieszyłyśmy się na jego widok. Tak oto przyjemnie zakończyła się nasza przygoda na Krecie!

Teraz mijają prawie dwa miesiące od naszej wyprawy. Dużo osób mnie podziwia i gratuluje odwagi. A ja Wam mówię: Nie ma czego podziwiać i gratulować. Serio. Dla mnie to normalne życie podróżnicze. Nie myślałam, że będzie źle, ciężko, że pojawią się problemy. Przecież codzienne też zmagam się z różnymi wyzwaniami. Ta podróż była dla mnie nową przygodą i jak pojawiało się cos trudnego nie narzekałam i nie żałowałam po prostu to przyjmowałam.

Tak podróż nie jest dla każdej mamy od razu napiszę. Bo trzeba pamiętać, że jesteśmy zdane tylko na siebie, w ciągu dnia nie ma wytchnienia, trzeba cały czas myśleć za dwie. No i korzystanie z toalety z dzieckiem w nosidełku na brzuchu jest niekomfortowe J.

Dla mnie to był cudowny czas. Mam nadzieję, że tradycję wspólnych wyjazdów z córeczką będę kontynuowała każdego roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *